Nowa Czytelnia - serwis literacki

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Życie kibica

Siedzieliśmy w barze piwnym, czy jak to się teraz ładnie mówi - w pubie. Kilkanaście okrągłych stolików, szafa grająca, rozwieszone dwie tarcze do darta. W lokalu było gwarno, zapach chmielu roztaczał się dookoła, a dym papierosowy drażnił nozdrza. Jeden ze stolików należał do nas - czterech młodzieńców. Zewnętrznie niewiele się różniliśmy - wszyscy postawni, nieźle zbudowani, z identycznymi fryzurami, jeśli włosy długości trzech milimetrów można w ogóle określić mianem fryzury. Mały, Rolnik, Stefan (Kulas) i ja. Rozmawialiśmy o meczu naszej ukochanej drużyny, której wiernie kibicowaliśmy od wielu, wielu lat.

- Jak można przegrać u siebie aż 0:4? No jak, do kurwy nędzy? - po raz kolejny dopytywał się Mały.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. W dodatku z takimi ogórkami! Kim w takim razie my jesteśmy?? - dodał oburzony Rolnik.

Znaliśmy się od przedszkola, potem była ta sama podstawówka. W szkole średniej nasze edukacyjne drogi nieco się rozeszły. Mały z Rolnikiem wybrali zawodówkę i zaczęli uczyć się fachu mechanika samochodowego. Ja ze Stefanem zdecydowaliśmy się na ogólniak. Wciąż jednak trzymaliśmy się razem. Przyjaźnie zawarte w dzieciństwie i pielęgnowane przez wiele lat, są niezwykle trwałe. Choć wszyscy się zmieniamy i ta więź emocjonalna także ewoluuje, jednak wciąż istnieje nienaruszona w swych podstawach. To co nas trzyma razem to na pewno miłość do piłki nożnej w ogóle i do naszego klubu przede wszystkim. Razem chodzimy na mecze u siebie, razem jeździmy na wyjazdy. Oczywiście nie jesteśmy sami. Cała nasza grupa liczy ok.40 osób, ale przecież nie każdy jest naszym przyjacielem. Mniej więcej z połową wymieniamy co najwyżej krótkie "cześć". Jakoś nie mamy ochoty bliżej się z nimi zapoznawać, nie interesuje nas zbytnio kto kogo, gdzie i jak. Kibicujemy po prostu tej samej drużynie i to wszystko.

Zazwyczaj jesteśmy spokojni, chociaż jest w całej grupie kilku "świrów", którzy niejeden raz wpędzili nas i klub w tarapaty. Jeden z nich to właśnie Mały - gdy się zdenerwuje, agresja z niego wypływa strumieniami nie tylko w wulgarnych wyzwiskach - głównie w stronę sędziego, piłkarzy drużyny przeciwnej i ich kibiców. Mały słynie z niekonwencjonalnych akcji. Zdarzyło się, że wkurzony na sędziego, bez problemu przedarł się przez służby porządkowe i wbiegł na boisko, z zaciśniętymi pięściami kierując się wprost na arbitra. Ten, gdy zauważył co się dzieje, zaczął uciekać do szatni. Mały był bardzo blisko, ale wtedy został powalony przez ochroniarzy. Dostał 2-letni zakaz stadionowy i sporą grzywnę. Przez dwa lata większe zadymy na naszym stadionie praktycznie się nie zdarzały, a już na pewno w widoczny sposób zelżały. Co można powiedzieć o Małym? Szkoda mi go trochę, bo w gruncie rzeczy to dobry chłopak. Nie miał łatwego dzieciństwa. Wychował się bez ojca, który gdy dowiedział się, że jego żona urodzi dziecko (Małego), powiedział, że nie jest przygotowany na ojcostwo. Spakował swoje rzeczy i tyle go widziano. Nigdy więcej nie kontaktował się z żoną. Matka Małego rozpiła się, sprowadzając do domu różnych mężczyzn, nowych tatusiów, zazwyczaj pijanych prymitywów. Niejednokrotnie Mały oberwał - siniaki na nogach, plecach, podbite oko. Widzieliśmy to, gdy graliśmy razem w piłkę. Ale nikt nic nie mówił - no bo co można było w takiej sytuacji powiedzieć. W zawodówce Mały wyprowadził się wreszcie z domu, wynajął z jednym znajomym jakąś tanią kawalerkę na drugim końcu miasta. Wtedy zaczął już zarobkować, w każdy weekend wraz z Rolnikiem i jeszcze jednym gościem jeździł na sklepy do Niemiec. Kiedyś Rolnik wrócił sam, udało mu się uciec. Mały z tamtym przyjechali dopiero po 6 miesiącach. Podejrzewałem, że któregoś dnia wpadną i nie byłem szczególnie zdziwiony, gdy dowiedziałem się, że Rolnik wrócił cały i zdrowy. Ten typ sobie w życiu poradzi w każdej sytuacji. Absurdalnie to może zabrzmi: nie lubię takich typków jak Rolnik, ale Rolnika lubię. Może chodzi tutaj o przyzwyczajenie?

Rolnik to typ cwaniaczka, a to dziwne, zważywszy, że pochodzi ze wsi. Chociaż na dobrą sprawę trudno określić go mianem typowego wieśniaka, w końcu na wsi mieszkał tylko do 4 roku życia, potem jego rodzice sprzedali gospodarkę, kupili M-3 i zamieszkali na naszym osiedlu. Już w przedszkolu wykazywał się sprytem, umiał symulować, zwracać na siebie uwagę wychowawczyń, o których względy każdy z nas rywalizował. W podstawówce to jego cwaniactwo zaczęło przynosić wymierne korzyści. Potrafił niezauważenie ściągać, a przy odpowiedzi, mimo że się nie uczył, zawsze "lejąc wodę" potrafił wybronić się na trzy. Chłopak miał i wciąż ma niezłą gadkę, rwał dziewczyny jak chciał już od szóstej klasy. My (tzn. ja, Mały, Stefan) mieliśmy pewną nieśmiałość w kontaktach z dziewczynami, zwłaszcza z tymi, które nam się podobały. A Rolnik swobodnie zagadywał i rozśmieszał większość panien. Na szczęście nie wszystkim odpowiadał styl bycia Rolnika, niektóre fajne dziewczęta jawnie go ignorowały, co stwarzało okazję dla nas.

Stefan-Kulas. Najlepszy mój kumpel. Chyba z tego powodu, że oprócz piłki możemy ciekawie podyskutować o filmie, książce, polityce. Rolnik i Mały śmieją się w najlepsze, nazywając nas prowincjonalnymi inteligentami, gdy przy kuflu piwa dyskutujemy z Kulasem np. o uniwersalnych cechach bohaterów w prozie Dostojewskiego. Co by nie powiedzieć o studiach - lepiej jest je mieć, niż nie mieć. Człowiek się rozwija, poszerza swoje horyzonty myślowe. Nawet jeśli stosuje zasadę 4Z - zakuć, zdać, zapić, zapomnieć, to mimo wszystko coś w tej głowie pozostaje. Przede wszystkim studia uczą jednego - uczą myślenia. Analizowania i wyciągania wniosków. Dlaczego Stefan otrzymał ksywkę Kulas? Grając kiedyś na szkolnym boisku, ostro wjechałem wślizgiem i złamałem mu nogę. Przez kilka tygodni nie przychodził do szkoły, a ja, czując się za to odpowiedzialny, przychodziłem codziennie do niego, opowiadając co wydarzyło się w szkole i dając zeszyty do odpisania. Gdy wrócił, przynajmniej nie miał dużych zaległości. Od tego czasu zbliżyliśmy się do siebie. Kulas był najspokojniejszy z całej naszej paczki. Brzydził się przemocą, generalnie nie używał wulgaryzmów. Co nie zmienia faktu, że podczas sprowokowanej przez Małego i innych bijatyki, walczył dzielnie i często skutecznie, ale w przeciwieństwie do niektórych, nie robił tego z przyjemnością.

- Moim zdaniem trener niepotrzebnie zakontraktował "armię zaciężną". Mamy przecież niezłych wychowanków, którzy grzeją ławę. A powinni dostać swoją szansę. Ci nowi, którzy mieli być wzmocnieniem, w gruncie rzeczy okazują się być balastem - powiedziałem.
- Jak tak dalej pójdzie, to za dwa miesiące obudzimy się w IV lidze - dorzucił Stefan.

Tak właśnie przedstawiała się sytuacja. Jednym słowem - niezbyt ciekawie. W przerwie zimowej dołączyło do drużyny 6 zawodników. Niektórzy z nich bardzo doświadczeni, mający za sobą występy w II, a nawet I lidze. Kilku niezwykle obiecujących juniorów, w tym nawet reprezentant kraju do lat 19. Po rundzie jesiennej zajmowaliśmy w tabeli 7 miejsce, z zaledwie 5-punktową stratą do lidera. Eksperci i dziennikarze zapowiadali, że dzięki tym wzmocnieniom będziemy się liczyć w walce o awans. Prognozy jednak się nie sprawdziły. Po dwóch porażkach na własnym stadionie, zaczęło zaglądać nam w oczy widmo spadku.

- Nie mamy rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, który zagrałby jakąś ciekawą piłkę na skrzydło albo prostopadłymi podaniami uruchamiał napastników. Jeśli przez 90 minut meczu potrafimy zrobić tylko 3-4 akcje podbramkowe, w dodatku nie 100%, to jak tu wygrywać mecze? - wypowiedział się Rolnik.
- Jest przecież i Grzesiuk, i Sanderski, oni są playmakerami - dodałem z nutą ironii w głosie.
- Taaa...tacy z nich playmakerzy, jak z koziej dupy trąba. - odezwał się Mały - Dziesiątki straconych piłek, niecelnych podań, zero zgrania z pozostałymi. Co to ma kurwa być? Za co oni biorą kasę?

Wszyscy byliśmy zdegustowani grą naszego zespołu, ale wiernie dopingowaliśmy, jeździliśmy na wszystkie bez wyjątku wyjazdy, licząc, że wreszcie coś ruszy, że wreszcie przyjdą lepsze wyniki.


* * *


W niemal każde niedzielne popołudnie spotykaliśmy się na osiedlowym, asfaltowym boisku, kopiąc futbolówkę aż do wieczora. Tego feralnego - jak się miało niebawem okazać - dnia, nawet pogoda wskazywała na koszmar. Przez cały ranek lało, koło południa wprawdzie przestało, ale niebo wciąż było zachmurzone. Graliśmy jak zwykle, po pięciu. W pewnym momencie Stefan biegnąc do piłki przewrócił się. Wszyscy zaczęli się śmiać, no bo jak to fiknąć na gładkiej nawierzchni, w dodatku bez kontaktu z rywalem. Kiedy jednak przez dłuższą chwilę nie podnosił się, cała ekipa zbiegła się, tworząc wokół niego zamknięty okrąg.

- Chyba złamałem nogę, tak mocno boli... - powiedział zaciskając zęby.
Jasiek, dobry kumpel Rolnika, jako jedyny przyjechał samochodem, tak więc wnieśliśmy Stefana do starego kadetta i ruszyliśmy do szpitala. W aucie Stefan stracił przytomność.

- Panowie są rodziną? - zwrócił się do nas lekarz po godzinie, którą spędziliśmy czekając w poczekalni
- Tak, to mój młodszy brat - odpowiedziałem. - Będziemy musieli zatrzymać go na parę dni, zrobić dodatkowe badania. Brat podczas upadku nie uderzył się w głowę? - zapytał doktor - Podejrzewamy wstrząs mózgu, stąd najprawdopodobniej omdlenie.
Za kilka dni wszystko było jasne. To "niestety" nie był wstrząs mózgu, to było coś dużo gorszego. "Zapalenie mięśnia sercowego" - tak oto brzmiała diagnoza lekarska. Poważna wada serca, uwarunkowania genetyczne. Ktoś z rodziny Stefana też cierpiał na tę przypadłość. Co to oznaczało? Konieczny przeszczep serca i to jak najszybciej. Lekarze nie dawali Kulasowi więcej niż pół roku.

* * *


A co z naszą drużyną? Poprawa w grze nie nastąpiła. Grzesiuk - rozgrywający, złapał kontuzję. W sumie nie było z niego żadnego pożytku. Tak jak i z drugiego gwiazdora - Sanderskiego. Sporo spotkań remisowaliśmy, z faworytami notowaliśmy porażki. Wprawdzie niezbyt wysokie, bo zwykle jedną, góra dwiema bramkami, ale to akurat miało niewielkie znaczenie. Systematycznie przesuwaliśmy się w dół tabeli. W przedostatniej kolejce wszystko miało się wyjaśnić. Graliśmy wyjazdowy, derbowy mecz, tzw. spotkanie o 6 punktów. Jak nigdy pojechaliśmy dwoma autokarami, "młyn" liczył wyjątkowo blisko 80 głów.

Początek meczu należał do miejscowych, którzy posiadali znaczącą przewagę. Przez kwadrans stworzyli sobie dwie dogodne sytuacje strzeleckie, na szczęście Jakubik, nasz bramkarz, był na posterunku. W '20 wyprowadzamy kontrę. Jakubik dalekim wyrzutem uruchamia Sanderskiego, ten mija dwóch rywali, zagrywa prostopadle do Janickiego, który wbiega w pole karne i strzela tuż przy słupku. Goool! Szalejemy na trybunach, odpalamy race. Jest wspaniale, tak trzymać! Do przerwy wynik na placu gry się nie zmienia. Do przerwy 0:1.
Już pierwsza akcja po zmianie stron przynosi wyrównanie. Rzut wolny z 25 metrów i... piłka ląduje pod poprzeczką, obok bezradnie interweniującego bramkarza.

Napór gospodarzy trwa. Słupek, poprzeczka, znowu słupek. Mamy sporo szczęścia. Jednak do czasu. Błąd naszej defensywy bezlitośnie wykorzystuje najlepszy snajper miejscowych, delikatnie podcinając piłkę nad wybiegającym z bramki Jakubikiem. Przegrana oznacza dla nas spadek, natomiast remis daje cień szansy na utrzymanie. Musielibyśmy wygrać ostatni mecz, licząc jednocześnie na wysoką porażkę naszego dzisiejszego rywala. Nie mając nic do stracenia nasi piłkarze rzucają się do szaleńczych ataków. Taki styl gry może zakończyć się dwojako. Albo my zdobędziemy wyrównującego gola, albo go stracimy. Niestety nadzialiśmy się na kontrę. Sanderski traci piłkę w środku pola. Trzy podania. Strzał. Piłka w siatce. I pozamiatane.

Po meczu wychodzimy na miasto. Wkurzony Mały wszczyna awanturę, wyzywając kilkunastoosobową grupkę miejscowych szalikowców. Nas jest tylko czterech (ja, Rolnik, Jasiek i Mały), ale to zmyłka... Wycofujemy się, tamci ruszają w pościg. Za budynkiem czekają nasi, 30 wojowników. Drugi nasz autokar pojechał wcześniej. Zaczyna się wymiana ciosów. Grupa przeciwników szybko zostaje rozbita, uciekają. Nasi też są lekko obici, ale adrenalina znieczula. Mały z Frędzlem, najbardziej nieobliczalni ze wszystkich naszych kiboli, dopadają w zaułku jakiegoś małolata, okładając go pięściami, a na koniec niemiłosiernie kopiąc. Podbite oko, krwawiący nos, ale szeroki uśmiech na twarzy Małego wyrażały stan jego ducha.
- Ale im dołożyliśmy. Jak nie na boisku, to przynajmniej poza nim! - krzyknął uradowany Mały.

W ostatniej kolejce wprawdzie wygraliśmy 1:0, ale nie zmieniło to naszej sytuacji w tabeli. Żegnaliśmy się z III ligą, przynajmniej na jeden sezon. Wpadliśmy do Stefana, który od kilku tygodni leżał w szpitalu. Widać było, że jest osłabiony. Zakomunikował nam:
- Jutro przewożą mnie do Zabrza, znalazł się dawca. - Tak szybko? Przecież na dawcę trzeba czekać latami. - powiedział Rolnik - Miałem szczęście. Jakiś 17-latek został pobity 2 tygodnie temu. Zmasakrowana czaszka. Leżał w śpiączce i nie miał żadnych szans na przeżycie. Jego rodzina zgodziła się na wydanie narządów.
- Szkoda chłopaka, ale tak to często w życiu bywa - szczęście jednego łączy się z nieszczęściem drugiego - zauważył filozoficznie Rolnik.

Dopiero po chwili przebiegła mi przez głowę okropna myśl. Stałem oszołomiony, nogi zaczęły mi się uginać. W jednej chwili w oczach stanął mi obraz Małego i Frędzla, kopiących tego chłopaczka. Mały chyba nie skojarzył faktów, a jeśli nawet, nie było tego po nim widać. To w sumie nie było istotne. Najistotniejsze było to, że za dwa dni do drzwi jego mieszkania zapukała policja...

KONIEC

 

wyszukiwarka

najnowsze recenzje

Helen Fitzgerald

Wstyd

- - - - -

Chiara Schiavano

365 uśmiechów dla Ciebie

- - - - -

Marcin Urbaś

Biegać każdy może

oceny książek

* kiepska

** bardzo przeciętna

*** przeciętna książka

**** dobra książka

***** bardzo dobra

wywiady i reportaże

"Kobieta czuje się dziś bezpieczna, gdy ma zawód i sama zarabia" - wywiad z Hanną Kowalewską

X X X X X

"Dulszczyzna w Krakowie ma swoją długą tradycję" - rozmowa z Markiem Harnym

X X X X X

"Nie robię z nich aniołów'"- wywiad z Arturem Górskim

patronujemy

Dakota

Michał Piedziewicz

^^^^^

Pies Baskerville'ów

Arthur Conan Doyle

^^^^^

Posiadacz

John Galsworthy

^^^^^

Filip

Leopold Tyrmand

^^^^^

Życie pszczół

Maurice Maeterlinck

^^^^^

Villette

Charlotte Bronte


INFORMACJA

Ta strona wykorzystuje pliki cookies
w celach statystycznych oraz w celu
dostosowania serwisu do indywidualnych
potrzeb osób odwiedzających. Zmiany ustawień
dotyczących plików cookie można dokonać
w dowolnej chwili modyfikując ustawienia
przeglądarki. Korzystanie z naszej strony
bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza,
że będą one zapisane w pamięci urządzenia.