Nowa Czytelnia - serwis literacki

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Standardowy zestaw samotności (cz.2)

Śmierć ciotki to siedemset. Śmierć wuja to jedna setka mniej.

Ciężki dzień to tysiąc. Występ dziecka – sto dwadzieścia pięć za godzinę. Kościół to sto pięćdziesiąt.

Jedyna rzecz, na którą nie posiadamy regularnego cennika, to śmierć dziecka. Takie sytuacje zawsze negocjowane są indywidualnie. I rzadko ludzie mogą sobie na coś takiego pozwolić. Nie każdy operator jest też w stanie taką pracę w ogóle wytrzymać. Żeby spełnić wymagania do tego rodzaju zlecenia, musimy przechodzić specjalnie szkolenia. Ludzie udają się później często na chorobowe, a większość po prostu nie jest w stanie sobie z czymś takim psychicznie poradzić. Od kiedy jestem tu zatrudniony, nie mieliśmy żadnego takiego zlecenia, więc trudno w ogóle powiedzieć, co z tego, co mówią, jest prawdą, a co tylko mitem. Plotki głoszą, że jeśli zrobisz takie zlecenie, możesz wziąć wolne na całą resztę miesiąca.

Deepa to zawsze kusiło. Nie warto, mówiłem mu.

– OK, więc może nie dla ciebie – odpowiadał. – Lepiej pilnuj swoich spraw.

* * *

 

Po raz pierwszy rozmawiam z Kirthi przy fontannie. Mówię jej, że nasze kabiny ze sobą sąsiadują. Mówi, że o tym wie. Czuję się trochę głupio.

Po raz drugi rozmawiamy także przy fontannie i tym razem próbuję zażartować mówiąc, że nie powinniśmy się tak spotykać. Pewnie widziałem to kiedyś w telewizji i tak mi wyskoczyło. Co za głupota. Nie śmieje się, ale też nie wzdraga.

Kiedy rozmawiamy po raz trzeci, całuję ją. W kuchni, obok mikrofalówki. Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło. Nie jestem osobą agresywną. Nie jestem nawet silny fizycznie. Ważę siedemdziesiąt kilo.

Nie śmieje się. Właściwie, robi trochę zdegustowaną minę, ale nie odpycha mnie. Nie od razu. Pozwala mi na pocałunek, ale nie odwzajemnia go. Po kilku sekundach przerywa, odchyla głowę i mówi, że nie powinienem tego robić. I nie mówi tego w przyjemny sposób. Nie jest to też groźba. Po prostu stwierdza fakt.

Mimo to, jestem szczęśliwy. Do lunchu mam jeszcze tylko trzy zlecenia, a potem jakieś osiem albo dziewięć, zanim idę do domu, ale przez cały dzień czuję się tak, jakbym znajdował się poza ciałem. Nawet jeśli znajduję się w ciele kogoś innego, to i tak czuję się jakby poza nim. Jestem podwójnie poza ciałem.

Płaczę.

Lamentuję.

Zgrzytam zębami.

A gdzieś w środku, uśmiecham się. Chichoczę.

Jestem na pogrzebie. Serce mojego klienta boli, a wewnątrz tego serca znajduje się moje własne, które nie boli, ale wręcz przeciwnie – robi to, do czego zostało stworzone.

 

* * *

 

Zaczynamy się umawiać, ja i Kirthi. Tak to przynajmniej nazywam. Ona nazywa to pozwalaniem mi na odprowadzenie jej na przystanek autobusowy. Pozwala postawić sobie lunch. Mówi mi, że powinienem przestać. Nigdy się do mnie nie uśmiecha.

– Jestem specjalistką w łamaniu serc – mówi.

Kiedy widzę ją w holu, skradam się z tyłu i obejmuję ją w talii.

Jak dotąd, nie pozwoliła mi w pełni zbliżyć się do siebie. I nie pozwoli mi na to.

Pytam ją raz, dlaczego.

Wcale nie chcesz się zbliżyć. Chcesz być w pobliżu. Chcesz być obok. Ale nie chcesz się zbliżyć.

– Istnieje dwieście czterdzieści siedem sposobów na złamanie serca – mówi– i ja doświadczyłam ich wszystkich.

 

* * *

 

Jestem w hospicjum.

Byłem tu już wcześniej. Regularny klient.

Trzymam długopis.

Właśnie napisałem coś w notesie leżącym przede mną.

Mój mąż nie żyje.

Umarł kilka lat temu.

Myślę, że mam Alzheimera.

Wspomnienie mojego męża wyłania się niczym jasne i gorące sierpniowe popołudnie, wspominane w trakcie chłodnego stycznia.

Podnoszę tabliczkę z notatnikiem.

Czytam.

To list samobójcy.

Podnoszę szklankę do ust i przełykam tabletkę.

Bezpiecznik uruchamia się w samą porę. Zamykam zlecenie.

 

* * *

 

Chodzi o jej ojca.

Pewnego dnia Sunil mówi mi o tym przy piwie.

Kirthi nie było w pracy od dwóch dni.

Sunil pracuje w dziale wsparcia technicznego. Zna wszystkie usterki i błędy systemu. Wie, co może pójść nie tak podczas przesyłu uczuć. Widział rozmaite obrzydlistwa i w czuły sposób mówi o tym, że nie istnieje górna granica dziwaczności.

Sunil wyjaśnia, że ojciec Kirthi nadal boryka się z obciążeniem hipotecznym. Jest zamknięty i żyje jak zombie. Sprzedał swoje życie.

– To nie może skończyć się dobrze, człowieku – mówi. – Uwierz mi, Kirthi jest całkiem rozbita. I sama o tym wie.

Sunil ma rację, ale nie wie, że ja doskonale radzę sobie z rozbitymi. Ja pragnę rozbicia. Spojrzałem wzdłuż drogi, którą podążam i widziałem, co mi ona przyniesie. Nic. Żadnych zawodów miłosnych. A teraz czuję, jakbym właśnie coś stracił. Czy lepiej jest kochać i stracić miłość czy nie kochać w ogóle? Ja jestem w innej sytuacji: straciłem miłość, mimo że nigdy jej nie zaznałem. Tracę rzeczy, których nawet nie posiadałem. I tak przez całe życie. Tak samo jak mój ojciec próbuję zjeść ciastko i mieć ciastko. Tylko, że to ciastko jest pełne gówna.

Mimo to, kiedy mijają kolejne tygodnie, zaczynam dochodzić do wniosku, że Sunil miał rację.

– Kirthi nie pozwoli mi się do siebie zbliżyć – mówię mu pewnego razu. – Kazała mi odejść, uciekać.

– W takim razie wyświadcza ci przysługę, człowieku. Weź sobie jej radę do serca.

 

* * *

 

Pytam ją o ojca.

Nie odzywa się do mnie przez tydzień.

Aż w końcu w piątkowy wieczór wybieramy się na spacer i po godzinie milczenia, kiedy zbliżamy się do jej mieszkania, odwraca się do mnie i mówi, jakie to okropne patrzeć na niego w takim stanie.

Na moment stajemy się sobie bliżsi.

Pytam ją, dlaczego po prostu mnie nie pokocha.

Odpowiada, że nie da się tak po prostu sprawić, żeby ktoś coś poczuł. Nawet, jeśli chodzi o samego siebie. Nawet, jeśli chciałoby się to poczuć.

 

* * *

 

Opowiadam jej o życiu, które chciałem kupić.

Jego już nie ma, mówi mi Kirthi.

Odpowiadam, że bez trudu znajdę inne, podobne. Standardowy zestaw szczęścia. Przyzwoitą szansę. Nie wystarczyłoby dla nas obojga, ale moglibyśmy dzielić się tym życiem, żyć nim na zmianę. Jedno pracuje, podczas gdy drugie żyje – mógłbym pracować w tygodniu, a ona zmieniałaby mnie tylko na weekendy.

Spogląda na mnie. Przez kilka długich sekund wydaje się zastanawiać nad tym pomysłem.

Nie odpowiada. Dotyka mojej głowy.

To jakiś początek.

 

* * *

 

W czasach, kiedy Deep był szczęśliwy, zanim jeszcze zaczęło robić się tylko coraz gorzej i gorzej, nieustannie opowiadał, jak to ma kumpla, którego kumpel zna takiego jednego, co… I tak dalej. Uwielbiał opowiadać historyjki. Jakiś tydzień przed tragedią opowiedział mi w kuchni o facecie z naszej branży, który umówił się na zlecenie z prominentnym bankierem, zamierzającym zabić własną żonę. Bankier zamierzał to zrobić, ale zdecydował się pozbyć poczucia winy, poza tym uważał, że będzie dla niego lepiej w razie ewentualnego dochodzenia, jeżeli nie będzie znał szczegółów morderstwa.

– Bzdura – powiedziałem. – To niemożliwe.

– Poważnie – odparł i opowiedział mi o szczegółach spotkań obydwu mężczyzn i o kodzie, jakim porozumiewali się, omawiając planowane morderstwo.

– ?Niemożliwe. Istnieje ze dwadzieścia powodów, dla których coś takiego nie mogłoby się udać.

– Na przykład?

– Po prostu, to jest zbyt naciągane.

– Nie ma rzeczy zbyt naciąganych – powiedział mi wtedy. – Nie istnieje górna granica okrucieństwa.

W następny poniedziałek dwóch para-medyków wynosiło Deepa z kabiny w asyście ochroniarzy. Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek. Wiedziałem, że nigdy już go nie zobaczę. Zamarłem, a oni przeciągali go obok mnie. Spróbowałem złapać jego wzrok, ale kiedy spojrzałem mu w oczy, okazało się, że jego już tam nie ma. Znajdował się już gdzie indziej. Jakby chciał mi powiedzieć: OK, więc.

OK, więc.

A nazajutrz w gazetach pojawiła się opowieść o bankierze. Dokładnie ta sam historia, którą usłyszałem od Deepaka. Pojawiły się plotki, że to Deepak był agentem, którego wynajął tamten człowiek i od czasu zabójstwa żył z poczuciem winy. Inni plotkowali, że Deepak zabił jakiegoś dzieciaka.

Ja sam zrozumiałem, jaka była prawda. Deep obserwował naszą branżę i pojął, że nie istnieje górna granica smutku. Tak samo, jak nie ma dolnych ograniczeń przyzwoitości. Kiedy to zrozumiał, przeszedł do czynu, a później nie mógł się już wycofać.

 

* * *

 

Otwieram zlecenia. Wykonuję pracę. Gromadzę oszczędności.

Tygodnie mijają, a Kirthi się otwiera (odrobinę).

Wciąż nie chce patrzeć mi w oczy, kiedy się całujemy.

To dziwne, mówi. Nikt tak nie robi.

Skąd niby mam to wiedzieć? Nie całowałem w życiu wielu osób, ale nie chcę jej o tym mówić. W amerykańskich filmach widziałem, że całujący się ludzie z reguły zamykają oczy, ale widziałem też, że czasem niektórzy ukradkiem spoglądają na drugą osobę. Jak dla mnie, ma to sens, bo w przeciwnym razie, skąd można wiedzieć, co ta druga osoba czuje? Myślę, że to jedyny sposób, żeby to zrozumieć. A więc całujemy się: ona z zamkniętymi oczami i ja, spoglądający na nią, próbujący domyślić się, co czuje. Mam nadzieję, że coś czuje.

Jestem na pogrzebie.

Mam bajpasy.

Przebywam na odwyku.

Jestem na głodzie.

 

* * *

 

Zabiera mnie do swojego ojca.

Patrzę na niego i dobrze znam ten widok. Mój tata właśnie tak wyglądał.

Żyje życiem kogoś innego. Jest tylko ekranem projekcyjnym, naczyniem, jednostką bólu. Jest jak zewnętrzny dysk albo uboczne urządzenie uruchomione dla czyjejś wygody. Ten człowiek jest składem dla czyjegoś nieszczęścia, frustracji i poczucia winy.

Stoimy tam w milczeniu.

Wracamy do pracy.

Jestem na pogrzebie.

Mam kanałowe leczenie zęba.

To, z czym czujemy się źle to fakt, że przecież możemy coś z tym zrobić. Możemy go stamtąd wyrwać.

W końcu ona nie wytrzymuje.

Zostały mu jeszcze tylko cztery lata hipoteki, mówi Kirthi.

Nasz rynek działa w ten sposób, że nigdy nie wychodzimy na plus. To tak, jak z lombardem. Oddając w zastaw zegarek, dostajesz za niego pięćdziesiąt dolarów, ale żeby odebrać go po upływie terminu, musisz zapłacić cztery razy tyle.

Ta sama zasada panuje tutaj. Kocham Kirthi, naprawdę, ale nie wiem, czy potrafiłbym oddać szesnaście lat życia, żeby uwolnić jej ojca. Mógłbym to zrobić gdybym wiedział, że ona mnie kocha, ale tego nie wiem. Chciałbym być lepszym człowiekiem, chciałbym być bardziej bezinteresowny. Moje życie nie jest niczym wspaniałym, ale nie potrafię powiedzieć, czy byłbym gotów zrobić coś takiego.

Leżę na stole operacyjnym.

Wykrwawiam się na śmierć.

To wcale nie boli.

 

* * *

 

Sprawy posuwają się naprzód. Zamieszkujemy razem. Unikamy rozmów o wspólnej przyszłości. Poruszamy się dookoła tego tematu.

Jestem postrzelony.

Spoliczkowany.

Wracam do domu.

Odpoczywam.

 

* * *

 

Mama opowiedziała mi tę historię, kiedy skończyłem trzynaście lat. Posadziła mnie w kuchni i wszystko wyjaśniła.

– W dzień, kiedy twój ojciec sprzedał życie – mówiła – włożyłam na siebie najlepszą sukienkę, a on miał na sobie garnitur. Ufryzował włosy. Był przystojny i spokojny. Ty miałeś na sobie jedyną parę długich spodni. Poszliśmy do banku, a tata niósł cię na plecach.

– Pamiętam to – powiedziałem.

– Mężczyzna z doskonałą fryzurą wyłonił się z zaplecza i usiadł naprzeciw nas, za biurkiem.

– To też pamiętam.

– Dostałeś, dostaliśmy, czterdzieści tysięcy rocznie, powiedziała.

Mój tata sprzedał życie za roczną stawkę indeksowaną wskaźnikiem inflacji na poziomie trzech procent. Zagwarantowano mu też pensję w wysokości siedemdziesięciu procent z tego, jeśli dotrzyma warunków umowy do samego końca. Po czterdziestu latach, kiedy dociągnie do siedemdziesiątki, będzie mógł przestać i wrócić do nas, do swojego życia.

– Wszędzie dookoła wisiały plakaty, reklamujące ten dzień – mówiła mama. – Dzień, w którym się udało, w którym tego dokonałeś. Dzień nowych narodzin. Na wielkim ekranie leciał film reklamowy, w którym opisywano zalety hipoteki i splendor dnia, w którym człowiek powraca do domu. Wszyscy będziemy popijać lemoniadę w ciepły letni dzień.

– Trzeba tylko wytrzymać czterdzieści lat – powiedziałem.

– W międzyczasie twoja rodzina będzie miała środki do życia. Możesz zachować spokój umysłu.

„Czas to pieniądz” – mówił spiker w reklamie. – „A pieniądze to czas. Stwórz realną wartość korzystając z najcenniejszej rzeczy, jaką posiadasz. Nie przegap swojej życiowej szansy!”

Pamiętam, że kiedy wróciliśmy do domu, tata poszedł się położyć. Spał przez dwanaście godzin, dwa razy dłużej niż zwykle, a z samego rana poszedł sprzedać życie. Nie obudził mnie.

 

* * *

 

Sprawy z Kirthi przestały posuwać się naprzód.

Prawdę mówiąc, zaczęły się cofać.

Wreszcie, pewnego dnia, coś bezpowrotnie zniknęło i oboje wiedzieliśmy, że to już nie powróci.

Czymkolwiek było to, co od niej dostałem, odebrała mi to. Jakkolwiek nazwać to, co łączy ludzi, kiedy zamieszkują wspólnie i decydują, by ich życie orbitowało wokół tej samej niewielkiej przestrzeni, w której pozwalają sobie na miłość i szczerość, to zniknęło, zamknęło się. Kirthi zamknęła się na mnie.

 

* * *

 

Tydzień po tym, jak Kirthi się wyprowadza, jej ojciec umiera.

Kierownik zmiany nie pozwala mi wziąć dnia wolnego na pogrzeb.

Kirthi nawet nie pyta, czy chciałbym iść.

Powinienem tam być, ale przecież straciłem Kirthi, a jeśli udam się na pogrzeb, to stracę też pracę.

I tak nigdy jej nie odzyskam.

Nie wiem nawet, czy tego chcę.

Ale być może właśnie dlatego nigdy jej nie miałem i dlatego nie będę mieć. Może problemem nie jest to, że nie posiadam życia, ale to, że nie chcę go posiadać.

Idę do pracy.

Otwieram zlecenia.

Zamykam zlecenia.

Kiedy wracam, mieszkanie wydaje mi się puste. Zawsze jest puste, ale dzisiaj jest puste w jakiś specjalny sposób. Tak, jakby to pustka była pusta.

Dzwonię do niej. Nie wiem, co powiedzieć. Oddycham do słuchawki.

Dzwonię raz jeszcze. Zostawiam wiadomość. Mówię, że znam jednego faceta w dziale przydziałów. Mógłbym załatwić u niego specjalny kanał, o którym nikt by się nie dowiedział.

– Mógłbym poczuć to za ciebie. Twój żal. Mógłbym pochować twojego ojca.

Jestem już zmęczony tym sztucznym życiem, ale to jedyne, jakie znam. Jest swoim własnym substytutem. Substytutem niczego. Czegoś, co nigdy nie istniało.

 

* * *

 

Kiedy trzy dni później udaję się do pracy, na biurku znajduję kartkę, na której napisana jest data pogrzebu i krótkie: OK. To kartka od niej.

OK.

Umawiam godzinę.

Kiedy przychodzi czas, otwieram zlecenie.

Jestem gotowy na pogrzeb.

Ale to nie jest pogrzeb.

Nie potrafię powiedzieć dokładnie, gdzie jestem, ale chyba gdzieś daleko. Nie poznaję tego miejsca. Przeniosła się gdzieś, gdzie nigdy jej nie znajdę. Gdzie prawdopodobnie nikt jej nie znajdzie. Nowe miasto. Nowe życie.

Za ten czas płaci ona. Pozwala mi się zbliżyć. Ten jeden, jedyny raz. Na usługę musiała wydać prawie wszystko, co miała. Oszczędzała dla ojca, ale teraz to już bez znaczenia.

Idzie wzdłuż drogi. Słońce grzeje, w powietrzu unosi się pył, ale ten dzień jest prawdziwy: Kirthi czuje się prawdziwa i ja czuję to za nią.

Spogląda na nasze wspólne zdjęcie – jedyne zdjęcie, które zrobiliśmy sobie w foto-budce w aptece. Nasze twarze przylegają do siebie, ona jak zwykle się nie uśmiecha, ja się uśmiecham. Kiedy patrzę jej oczyma na ten swój uśmiech, zaczynam dostrzegać, jak się ulatnia i traci sens, tak samo jak dowolne słowo, które powtarzane raz za razem bez końca, wreszcie traci znaczenie i brzmi głupio. Kiedy powtarzasz to słowo dalej, ono przestaje w ogóle być słowem i ulatnia się, zastąpione przez nic nie znaczące sylaby. Dobrze znane słowo brzmi wtedy jak najdziwniejsza rzecz, jaką się kiedykolwiek słyszało.

Jestem w jej głowie.

Kirthi myśli o tym, że jestem miłą osobą. Wierzy, że zasługuję na więcej. Chce w to wierzyć, ale czuję, że nie potrafi. Gdyby tylko potrafiła zobaczyć siebie moimi oczami. Gdyby tylko potrafiła zobaczyć siebie moimi oczami widzianymi swoimi własnymi. Myśli o tym, że zasługuję na miłość, ale w to nie wierzy. Gdybym mógł uwierzyć za nią… Chcę wierzyć zamiast niej, chcę wierzyć w niej samej. Uwierzyć w niej tak mocno, żeby w jakiś sposób ta wiara przeniknęła też Kirthi.

Schodzi z drogi, a znajdujący się za nią pagórek wydaje się bardziej stromy. Powietrze staje się coraz bardziej rozgrzane. Z każdym krokiem czuję jej smutek, aż w końcu, przy samym szczycie wzgórza staje się coś niespodziewanego. Uśmiech. Wspomina nas. Te kilka szczęśliwych chwil, które wspólnie przeżyliśmy.

Stoję na wzgórzu. Nie jestem na pogrzebie. Myślę o kimś, kogo kiedyś kochałem. Nie wiem już, czy jestem Kirthi myślącą o mnie, sobą myślącym o niej, czy może w tej chwili jest to zupełnie bez znaczenia.

KONIEC

 

Charles Yu (ur. w 1976 r.) – amerykański pisarz, z wykształcenia prawnik. W 2007 roku za zbiór opowiadań „Third Class Superhero” został uhonorowany National Book Award jako jeden z pięciu najlepiej zapowiadających się twórców młodego pokolenia. W trzy lata później opublikował debiutancką powieść – Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie. Książka była nominowana do prestiżowej Nagrody im. Johna W. Campbella, regularnie pojawia się także we wszystkich zestawieniach najciekawszych powieści fantastycznych ostatnich lat. 4 sierpnia 2011 roku powieść ukazała się w Polsce, nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

 

wyszukiwarka

najnowsze recenzje

Helen Fitzgerald

Wstyd

- - - - -

Chiara Schiavano

365 uśmiechów dla Ciebie

- - - - -

Marcin Urbaś

Biegać każdy może

oceny książek

* kiepska

** bardzo przeciętna

*** przeciętna książka

**** dobra książka

***** bardzo dobra

wywiady i reportaże

"Kobieta czuje się dziś bezpieczna, gdy ma zawód i sama zarabia" - wywiad z Hanną Kowalewską

X X X X X

"Dulszczyzna w Krakowie ma swoją długą tradycję" - rozmowa z Markiem Harnym

X X X X X

"Nie robię z nich aniołów'"- wywiad z Arturem Górskim

patronujemy

Dakota

Michał Piedziewicz

^^^^^

Pies Baskerville'ów

Arthur Conan Doyle

^^^^^

Posiadacz

John Galsworthy

^^^^^

Filip

Leopold Tyrmand

^^^^^

Życie pszczół

Maurice Maeterlinck

^^^^^

Villette

Charlotte Bronte


INFORMACJA

Ta strona wykorzystuje pliki cookies
w celach statystycznych oraz w celu
dostosowania serwisu do indywidualnych
potrzeb osób odwiedzających. Zmiany ustawień
dotyczących plików cookie można dokonać
w dowolnej chwili modyfikując ustawienia
przeglądarki. Korzystanie z naszej strony
bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza,
że będą one zapisane w pamięci urządzenia.