Nowa Czytelnia - serwis literacki

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Świt zmierzchu (cz.2)

Powrót do domu był dla niej koszmarem. Roztrzęsiona matka, natychmiast zabrała ją do fryzjera, który jej postrzępione włosy ułożył w krótką, schludną fryzurkę. Nie zabrakło też długiego, nieprzyjemnego wykładu. Przeglądając się w dużym lustrze, Amy stwierdziła, że wolała jednak tamten stan. Nie była jednak na tyle nierozsądna, żeby wyrazić swoje uczucia na głos.

Następnego dnia spakowała swoją nową procę do plecaka i wybiegła z domu o świcie, żeby po drodze do szkoły nazbierać idealnie równiutkich kamieni. Zajrzała na teren szarego blokowiska, tym razem odwiedzając bure kotki. Nakarmiła je granulkami, a potem przyglądała się jak zabawnie jedzą. Zmarszczyła brwi, szukając czwartego kociaka. Były tylko trzy. Miała bardzo złe przeczucia. Rozpaczliwie zaczęła go szukać. Grupa chłopców z jej klasy stała pod trzepakiem. Śmiali się, zasłaniając coś plecami. Usłyszała przeraźliwe miauczenie i piski. Podeszła bliżej. Z przyspieszonym oddechem i rozpaczą w sercu, zdała sobie sprawę, że chłopacy, przy pomocy wykałaczek, wydłubują kotkowi oczy. Wrzasnęła, żeby przestali, wyzywając ich od najgorszych i rzucając się na nich z pięściami. Odepchnęli ją z jeszcze większym śmiechem.

- Wariatka – usłyszała powtarzane przez coraz to kolejne usta.

Usta Amy zacisnęły się w wąską linię. Była zdeterminowana. Wyjęła z szarego plecaka procę. Wycelowała, trafiając obłym kamieniem, idealnie w czoło Kamila. Oczy chłopaka zalała krew. Puścił ledwo przytomnego kotka. Zaczął panikować. Amy nie zamierzała przestać, tym razem jednak nie celowała już tak precyzyjnie, wymierzając chłopakom po prostu, nieprzyjemne uderzenia, okrągłymi kamykami. Obrzucili ją wkurzonymi spojrzeniami, ale zabrali ze sobą wrzeszczącego Kamila i odeszli. Amy przyskoczyła do ledwo żywego kociaka. Wzięła go na ręce i pobiegła z nim na orzechowe wzgórze. Tam położyła go na trawie. Kotek przestał się ruszać, wyglądało na to, że nie oddycha. Gadriel przyglądał się całej scenie w milczeniu, z dziwną melancholią w ciemnych oczach.

- On nie żyje, Amy – odezwał się w końcu.

- Nie! – zaprotestowała stanowczo dziewczynka, jakby to mogło w jakiś sposób zwrócić kociakowi życie.

Tego dnia nie poszła do szkoły. Siedziała przez kilka godzin, wpatrując się w martwe ciałko kociaka. Gadriel na początku po prostu milczał, ale z upływem czasu zaczął się niepokoić.

- Nie możesz tu zostać – powiedział w końcu.

Spojrzała na niego pytająco.

- Dlaczego?

Odpowiedź jednak zauważyła sama. W oddali, u stóp wzgórza, na tle szarych bloków, majaczyła smukła sylwetka Rafała. Było już za późno, żeby uciekać.

- Dotknij mnie, to będę mógł cię schować – powiedział cicho Gadriel. – W przeciwnym razie, pewnie już się nie zobaczymy.

Amy bez wahania podeszła do siedzącego w klatce chłopaka. Wyciągnęła dłoń, żeby dotknąć jego gładkiej, bladej skóry. Gadriel gwałtownie chwycił ją za rękę. Oczy same jej się zamknęły. Dziewczynka poczuła, że zasypia.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Stali w jakimś zamkniętym pomieszczeniu. Nie, to była jaskinia, zdała sobie sprawę Amy. Wysoka grota, w jaskini. Było tu zupełnie pusto. Duży, niemal idealnie okrągły obszar skalnej powierzchni, otaczała fosa, od której bił dziwny, ciepły blask. Gadriel stał na samym środku pomieszczenia, a ona tuż przy nim, schowana pod jego obszerną, czarną peleryną. Jej materiał najwyraźniej musiał być bardzo cienki, gdyż mogła wszystko przez nią widzieć. Przyjrzała się uważniej fosie. To była rzeka płynnego ognia! Zafascynowana dziewczynka wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę. W pewnym momencie Amy poczuła, jak wszystkie mięśnie chłopaka się napinają, a po chwili, w grocie pojawił się ktoś jeszcze. Postać jaśniała białym światłem. Zdała sobie sprawę, że Gadriel z trudem znosi jej blask. Dopiero po chwili, w stojącym na przeciwko nich chłopaku, rozpoznała Rafała. Jednak olbrzymie, śnieżnobiałe skrzydła i trzymany w rękach, płonący miecz, przeczyły temu, że to mógł być Rafał. Gadriel spojrzał na niego i zadrżał mimowolnie.

- Czego tym razem chcesz, Labielu? – zapytał na pozór znudzonym głosem.

Rafał spojrzał na niego, najbardziej błękitnymi oczami na świecie. Jego wzrok był jednak twardy i lodowato zimny.

- Nigdy się nie nauczysz? – odpowiedział spokojnie pytaniem na pytanie.

Zbliżył się do niego, w rękach ciągle trzymając płonący miecz. Gadriel zaczął się cofać. Szedł powoli, krok za krokiem. Amy chwyciła go za rękę, bojąc się przewrócić, zaplątana w fałdy peleryny. Zatrzymali się dopiero na samym skraju przepaści. W dole płynęła wartko ognista rzeka. Rafał uniósł miecz. Dziewczynka poczuła, jak Gadriel mocniej ściska jej dłoń. Zbyt mocno. Dużym wysiłkiem woli powstrzymała się, żeby nie pisnąć z bólu. Poczuła jak cały chłopak sztywnieje. W pewnym momencie opadł na kolana. Puścił jej rękę. Przysunęła się do niego bliżej, żeby nie wystawać spod peleryny. Ukucnęła.

- Nie zrobisz mi tego! – warknął cicho Gadriel, a w jego ciemnych oczach widać było przerażenie.

Ponury uśmiech ozdobił marmurowe oblicze Rafała. Podszedł jeszcze bliżej, tak, że teraz stał bezpośrednio nad nimi. Gadriel rozłożył brązowe, pokryte błoną skrzydła, zakrywając nimi, niczym tarczą, siebie i dziewczynkę. Amy usłyszała szelest rozrywanej tkaniny. Gadriel krzyknął. Drżał cały. Nie wiedząc, co robić, przytuliła się mocno do jego boku. Twarz chłopaka wykrzywiona była bólem, ale znosił go w gęstym, wiszącym w powietrzu, milczeniu. W końcu jasne światło zniknęło, a razem z nim, Amy przestała czuć, niemal przytłaczającą, obecność Rafała. Klęczała tak przez dłuższą chwilę, wtulona w bok ciągle drżącego Gadriela, a potem zamknęła oczy i ponownie odpłynęła od niej świadomość.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Amy obudziła się leżąc na trawie, tuż obok martwego kotka. Gwałtownie usiadła. Z ulgą stwierdziła, że Gadriel w dalszym ciągu tam był. Leżał skulony, na dnie czarnej klatki. Na wpół złożone skrzydła, miał poszarpane, a błony na nich już prawie wcale nie było. Wyglądały na zupełnie zniszczone i niezdatne do użytku. Dziewczynka wyciągnęła z plecaka koc. Rozłożyła go tuż przy klatce, a sama położyła się na nim, jak najbliżej Gadriela. Wsunęła między stalowe pręty drobną dłoń. Palcami dotknęła ręki chłopaka.

- Dlaczego on ci to zrobił? – zapytała cicho.

Przez dłuższą chwilę Gadriel nie odpowiadał, a kiedy uznała, że już jej wcale nie odpowie, on wreszcie się odezwał.

- To taki rodzaj kary – mruknął cicho.

- Za co? – drążyła dalej dziewczynka.

- Za to, że dałem ci procę – odpowiedział niechętnie, jednak w jego ciemnych, zmęczonych oczach, zatańczyły iskierki dziecięcej radości.

- Przecież on o tym nie wiedział – zdziwiła się Amy.

- Nie znał konkretnej rzeczy – westchnął Gadriel – ale wyczuł, że zrobiłem coś złego. On zawsze to wie.

- Kiedy to wcale nie było nic złego! – obruszyła się dziewczynka.

- Nie ważne, zapomnij o tym – mruknął chłopak, przymykając oczy i składając resztki nietoperzowatych skrzydeł.

Amy wyczuła, że nic już jej więcej o tym nie powie. Postanowiła zmienić temat.

- Czemu nazwałeś Rafała „Labielem”? – spytała zaciekawiona.

Gadriel wzruszył ramionami.

- Kiedyś tak właśnie miał na imię.

- A jak teraz się naprawdę nazywa?

- Ma wiele imion – odezwał się chłopak, podejmując ich dziwną grę.

- Wymień mi jedno, którego jeszcze nie znam – poprosiła dziewczynka.

- Nie mogę – odpowiedział jej szczerze. – To znaczy, nie jestem w stanie go wypowiedzieć.

Dziewczynka zamrugała. Nie zrozumiała, ale miała pewne podejrzenia.

- To tak jak z tą wodą, którą on pił, a tobie zaszkodziła? – spytała rezolutnie.

Chłopak uśmiechnął się krzywo, zbolałym uśmiechem.

- Mniej więcej – przyznał.

- Jak długo Rafał będzie cię tu trzymał? – zapytała.

Gadriel puścił jej rękę. Odwrócił się do niej plecami.

- Znając moje szczęście, do końca świata.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Amy wróciła do domu, zupełnie ignorując zły humor matki i dokuczającego jej brata. Zazwyczaj, niesłuszne pretensje wysuwane w jej kierunku, dotykały dziewczynę do żywego, tego dnia jednak była zaprzątnięta ważniejszymi sprawami. Miała swój własny ciężar, który nosiła na sercu. Całą swoją dziecięcą duszyczką pragnęła pomóc Gadrielowi.

Leżała na łóżku, w swoim pustym, niemalże sterylnie czystym pokoju, wpatrując się w sufit, gdy usłyszała na korytarzu czyjeś pełne gracji kroki. Zadrżała na samą myśl o tym, że znowu ujrzy duchy zmarłych w tym domu, podczas wojny ludzi. Wychyliła się jednak z pokoju, nie mogąc powstrzymać dziecięcej ciekawości. Na poddasze, do prosto, ale przytulnie urządzonego pokoju, wracał Rafał. Bez jasnej poświaty, śnieżnobiałych skrzydeł i płonącego miecza wyglądał zupełnie normalnie. Jak człowiek. Amy, walcząc ze swoim strachem, cichutko poszła za nim. Całą sobą czuła, że po prostu musi coś zrobić.

Student wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Dziewczynka zajrzała do środka przez dziurkę od klucza. Chłopak odwiesił skórzaną torbę na krzesło. Zdjął z siebie nienagannie wyprasowaną koszulę. Przyjrzała się jego plecom. Nie było na nich ani śladu skrzydeł. Potem Rafał chwycił biały, kąpielowy ręcznik i ruszył w kierunku drzwi. Amy odskoczyła, chowając się w ciemniejszym zakamarku strychu. Odetchnęła z ulgą, kiedy przeszedł obok. Nawet jej nie zauważył. Kiedy tylko zniknął na schodach, decyzją chwili wtargnęła do pokoju, naruszając jego prywatność. Zaczęła przeszukiwać różne miejsca, nie będąc właściwie pewną czego szuka, za to, ze świadomością, że musi to odnaleźć. W końcu otworzyła jego skórzaną torbę. Zaczęła ją starannie, systematycznie przeszukiwać. Na pozór nie było w niej nic niezwykłego – ot, codzienne rzeczy, zwykłego studenta. Gruby zeszyt, elegancki długopis, telefon komórkowy i... klucze. Amy w ostatniej chwili przypomniała sobie, żeby nie wykrzyknąć z radości. Od pęku kluczy odczepiła czarny, matowy. Nie miała pojęcia skąd, ale wiedziała, że to ten. Klucz, do więzienia Gadriela. Zamknęła torbę i schowała go do kieszeni, z tyłu spodni. Pełna triumfu, chciała wybiec na korytarz, ale ze zgrozą zdała sobie sprawę, że w drzwiach stoi Rafał. Musiał poruszać się bezszelestnie, ponieważ w ogóle go nie usłyszała. Tylko, jak długo tam był?

- Co tu robisz? – zapytał z naganą w głosie.

Kłamanie wychodziło Amy perfekcyjnie.

- Ja chciałam cię odwiedzić – powiedziała, spuszczając wzrok i szurając stopą po drewnianej podłodze.

- Dlaczego? – zadał pytanie mrużąc oczy.

Dziewczynka podniosła na niego wzrok. Były tak samo niebieskie, jak to zapamiętała, ale teraz, gdy patrzył prosto na nią, nie było w nich chłodu, a tylko bezbrzeżny smutek. Skoro wiedział, kiedy Gadriel zrobił coś złego, to czy mógł wiedzieć również, kiedy ona kłamie?

- Byłam ciekawa – oznajmiła najbliższą prawdy rzecz.

Skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany jej odpowiedzią.

- Zaspokoiłaś już swoją ciekawość? – spytał. Niepewnie skinęła głową. – W takim razie znikaj stąd – rozkazał, odsuwając się od drzwi.

Amy o niczym innym nie marzyła. Wybiegła z pokoju, rzucając się pędem na schody, jakby za chwilę na głowę, runąć miało jej całe niebo.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dziewczynka uznała, że noszenie czarnego klucza przy sobie, jest bardzo złym pomysłem. Kiedy tylko zbiegła na dół, schowała go w blaszanym piórniku i wepchnęła głęboko pod łóżko. To właśnie tam ukrywała wszystkie swoje niewielkie skarby.

- Ewa! – usłyszała głos mamy, ledwo zdążywszy się wyprostować.

Powoli zeszła na dół. Zatrzymała się na dole schodów. Coś było nie tak. Stała tam cała rodzina. Matka była wyraźnie roztrzęsiona. Ojciec wyglądał spokojnie i tak jakoś ponuro. W ręku trzymał niewielką, brązową walizkę. Brat wyglądał, jakby nie wiedział, gdzie podziać wzrok.

- Chodź, pojedziemy na wycieczkę – odezwał się głuchym, bezosobowym głosem jej ojciec.

Amy posłusznie podreptała za nim do srebrnego volvo. Usiadła na tylnym siedzeniu. Przez szybę zobaczyła jeszcze lśniące od łez, oczy matki. Na podwórku stał Rafał. Patrzył na nią tym samym melancholijnym, smutnym wzrokiem. Wyglądało to zupełnie tak, jakby chciał powiedzieć „przepraszam”.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

W lekko przybrudzoną, okienną szybę świeciło słońce. Amy przysłoniła ręką oczy. Raziło ją. Odwróciła się na drugi bok. Wcale nie było lepiej. Spojrzała w biały sufit. Jej współlokatorka z pokoju, starsza od niej o kilka lat Hania, zaczęła coś cicho mamrotać. Zawsze mamrotała. To znaczy wtedy, kiedy akurat nie krzyczała w nocy. W Szpitalu Psychiatrycznym Imienia Najświętszej Marii Panny, Amy spędzała już czwarty tydzień. Jej lekarz prowadzący, na pozór miły starszy pan, bez słowa wziął od ojca dziewczynki pieniądze i nie zamieniwszy z nią ani jednego słowa, orzekł schizofrenię. Zabrali jej wszystkie rzeczy osobiste, a ona sama musiała przebrać się w szpitalną piżamę. Teraz dopiero naprawdę zrozumiała tęsknotę Gadriela za książkami. Niczego jej w tej chwili bardziej nie brakowało, no może poza nim samym...

- Ewuniu, czas na twoje lekarstwo – odezwała się ociekającym słodyczą głosem, wchodząca do pokoju pielęgniarka.

Amy jak zwykle posłusznie usiadła. Wiedziała już, że nie ma sensu się awanturować, ani protestować w żaden widoczny sposób. Najgorsze było to, że naprawdę trudno było oszukać, biegłą w tych sprawach pielęgniarkę. Dziewczynka nie miała zamiaru brać żadnych leków, czasem jednak nie miała wyjścia.

Z biegiem czasu zobojętniała, zaczęła o wszystkim zapominać. Nie miała nic przeciwko temu, żeby z jej życia zniknęły duchy, okaleczone ciała i nocne widziadła, za nic na świecie nie chciała jednak zapomnieć o Gadrielu. Mimo tego, że jej umysł pracował znacznie szybciej i gorliwiej niż u normalnych ludzi, Amy nie była w stanie wymyślić żadnego sposobu, na to, by pamiętać.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

W domu, w którym teraz mieszkała, a była pewna, że nie był jej domem, co drugi wieczór, dzieci w różnym wieku, spotykały się we wspólnej sali, a odziany w sutannę ksiądz, czytał im Pismo Święte. Tego wieczora, w pachnącym akacjami powietrzu, unosiły się słowa Księgi Rodzaju. Nagle wyrwana z apatii Amy, z zapartym tchem, zaczęła słuchać o tym, jak wąż namówił Ewę, do zjedzenia owocu poznania w raju. Oczyma wyobraźni, wyraźnie widziała, zarówno brązowowłosą kobietę, jak i kusząco syczącego gada. Potem, ni stąd ni zowąd, przed oczami stanął jej obraz siedzącego w czarnej klatce chłopaka. Kiedy wróciła do swojej sypialni, przez prawie całą noc siedziała na łóżku i zastanawiała się kim on był. Wraz ze wschodem słońca, przyszło olśnienie. Już wiedziała. Zerwała się z łóżka. Chwyciła leżący na jednej z metalowych szafek szkicownik. W szufladzie chaotycznie zaczęła szukać węgla. Szybkimi, ale starannymi ruchami, zaczęła szkicować obraz drzewa. To był rozłożysty orzech włoski. Jej prywatny szyfr. Nikt inny nie miał prawa zrozumieć, a dzięki niemu, ona już więcej nie zapomni.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dwa miesiące, pomyślała melancholijnie Amy. Minęły już dwa, długie miesiące, skończył się rok szkolny, a ona sama miała już prawie osiem lat. Zapatrzona w dal, wsiadała do srebrnego volvo. Nie była szczęśliwym dzieckiem. Na powitanie, po dwóch, długich miesiącach, matka położyła jej dłoń na ramieniu i chłodno pocałowała w czoło. Ojciec natomiast wyglądał, jakby został za coś ukarany. Dziewczynka była pewna, że wyrok lekarza prowadzącego, oznajmiający, że jest już zupełnie zdrowa, tylko trzeba się z nią delikatnie obchodzić, był dla nich prawdziwym ciosem.

Przez pierwsze kilka dni w domu, zachowywała się jakby była niewidzialna. Z ulgą stwierdziła, że Rafał już u nich nie mieszka. Potem wreszcie rodzice zaczęli traktować ją normalnie i znowu mogła swobodnie sama wychodzić. Wyjęła spod łóżka blaszany piórnik i nie sprawdzając jego zawartości, wrzuciła go do szarego plecaka. Kilka minut później, znalazła się na skąpanym w letnim słońcu osiedlu. Wspięła się na porośnięte zieloną trawą wzgórze. Nogi się niemal pod nią ugięły, kiedy z ulga stwierdziła, że czarna klatka w dalszym ciągu tam była. Gadriel siedział smętnie, podkulając pod siebie nogi. Spojrzał na nią naprawdę zaskoczony.

- Wróciłaś – ni to oznajmił ni zapytał.

- Wróciłam – odpowiedziała dziewczynka, w której oczach lśniły łzy.

Uważnie przyjrzała się czarnej klatce i oto, po uważnej obserwacji, jej oczom ukazała się spora, okręcona łańcuchem, matowa kłódka. Usiadła na trawie i otworzyła swój szary plecak. Zajrzała do piórnika. Klucz był dokładnie tam, gdzie go zostawiła. Trzymając go kurczowo w dłoni, włożyła klucz do matowego zamka. Szczęknęła zębatka. Amy uchyliła drzwiczki klatki. Cała metalowa konstrukcja, w jednej chwili zniknęła. Gadriel wstał. Wyprostował się. Już zapomniała, jaki był wysoki. Spojrzał niedowierzająco na dziewczynkę. Rozwinął wyrastające z łopatek, szare, pokryte piórami skrzydła.

- Gadriel, twoje skrzydła! – wykrzyknęła zaskoczona Amy.

- Wolałem stare – warknął zimno chłopak, ale widać było, jak bardzo jest zadowolony.

- Są cudowne – oznajmiła z entuzjazmem dziewczynka, mimo, że gdyby chciała porównać je do skrzydeł Rafała, wypadłyby jak mysz przy jednorożcu.

- Posłuchaj mnie bardzo uważnie – powiedział, a jego głos, bardziej niż kiedykolwiek przypominał kuszący syk węża. – Nie wracaj na noc do domu. Cokolwiek by się nie działo, nie wracaj tam dzisiaj.

Potem rozwinął na całą szerokość, swoje nowe skrzydła i wzbił się w powietrze, znikając nad koronami drzew.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dziewczynka skuliła się pod wielkim drzewem. Zaczynało się ściemniać, a ona nie miała co ze sobą zrobić. Nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby nie posłuchać Gadriela. Przynajmniej noc była ciepła. Zastanawiała się, dokąd on odszedł i czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. W parku pojawiły się cienie. Poniewczasie Amy przypomniała sobie legendy krążące o tym miejscu. To była Góra Katów, kilkaset lat temu, to właśnie tutaj stała szubienica. Dziewczynka skuliła się jeszcze bardziej, kładąc się na trawie i nakrywając głowę, wyjętym z plecaka, kocem. Teraz ich nie widziała, nie potrafiła ich jednak nie słyszeć. Zamknęła oczy. Poczuła na sobie dotyk miękkich piór. Otuliły ją niczym puchowa kołdra. Przestała się bać. Nie przeszkadzała jej już nawet twarda ziemia. Zmęczona i już zupełnie spokojna, usnęła.

Obudziła się tuż przed świtem. Przez chwilę zastanawiała się, czy to właśnie Gadriel miał na myśli mówiąc „noc”. Wyraźnie był już ranek, a ona przecież nie mogła tu siedzieć wiecznie. Kiedyś musiała wrócić. Niechętnie pozbierała swoje rzeczy, pakując je do szarego plecaka. Wiedziała, że czeka ją bolesny kontakt z rzeczywistością.

Ruszyła w stronę domu. Zatrzymała się zaskoczona, na rogu ulicy. Dookoła biegali ludzie. Wszędzie było pełno czerwonych samochodów straży pożarnej. Amy stanęła, przyglądając się z zainteresowaniem, jak płonie jej własny dom. Była zaintrygowana. Strzelające w niebo, pomarańczowe płomienie, wciągnęły ją bez reszty. Miały w sobie jakąś taką niesamowitą głębię, hipnotyzującą i upajającą moc.

- Udusili się we śnie, a ich ciała doszczętnie spłonęły – odezwała się grobowym głosem, stojąca nieopodal, starsza kobieta.

- Mieli szczęście, że nie spłonęli żywcem – odezwała się niemalże rozentuzjazmowanym głosem, druga. Była w pełnym makijażu i miała nienaganną fryzurę. Brązowa tunika, leciutko powiewała dzięki podmuchom, letniego wiatru. Amy rozpoznała w niej jedną z sąsiadek. Czy naprawdę musiała aż tak się przygotowywać, żeby wyjść rankiem przed dom? – Od dawna spotykały ich same nieszczęścia – oznajmiła konspiracyjnym szeptem. – Krążą plotki, że ich najmłodsza córka, była psychiczna.

- Takie dziwne dziecko, było z tej Ewy – stwierdziła z żalem staruszka.

Amy zacisnęła drobne dłonie w pięści. Nie czuła żalu ani smutku, z powodu utraty rodziców, a jedynie nienawiść i złość, skierowane ku tym beztrosko plotkującym kobietom. Ktoś stanął za nią. Nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że to Gadriel. Ufnie wyciągnęła swoją dłoń, a on wziął ją za rękę. Dopiero wtedy na niego spojrzała. W szarej, dresowej bluzie, bez skrzydeł, wyglądał zupełnie normalnie. Jak człowiek. Tylko smutne, ciemne oczy i postrzępiona, lwia grzywa, mówiły jej co innego. Udowadniały, że to w dalszym ciągu, ten sam Gadriel.

- Co będzie teraz? – zapytała spokojnym głosem dziewczynka.

Niedbale wzruszył ramionami.

- Będziemy po prostu żyć dalej – odpowiedział zagadkowo.

- Razem? – drążyła temat Amy.

- Razem – odpowiedział, patrząc jej w oczy.

Stali tak, obok siebie, wpatrując się w strzelające ku niebu, żółte i pomarańczowe płomienie. Wzeszło słońce, rozjaśniając niebo, tysiącem barw. Dzień zapowiadał się zbyt piękny i pogodny, by można było szczerze opłakiwać czyjąś śmierć.

 

The End

 

wyszukiwarka

najnowsze recenzje

Helen Fitzgerald

Wstyd

- - - - -

Chiara Schiavano

365 uśmiechów dla Ciebie

- - - - -

Marcin Urbaś

Biegać każdy może

oceny książek

* kiepska

** bardzo przeciętna

*** przeciętna książka

**** dobra książka

***** bardzo dobra

wywiady i reportaże

"Kobieta czuje się dziś bezpieczna, gdy ma zawód i sama zarabia" - wywiad z Hanną Kowalewską

X X X X X

"Dulszczyzna w Krakowie ma swoją długą tradycję" - rozmowa z Markiem Harnym

X X X X X

"Nie robię z nich aniołów'"- wywiad z Arturem Górskim

patronujemy

Dakota

Michał Piedziewicz

^^^^^

Pies Baskerville'ów

Arthur Conan Doyle

^^^^^

Posiadacz

John Galsworthy

^^^^^

Filip

Leopold Tyrmand

^^^^^

Życie pszczół

Maurice Maeterlinck

^^^^^

Villette

Charlotte Bronte


INFORMACJA

Ta strona wykorzystuje pliki cookies
w celach statystycznych oraz w celu
dostosowania serwisu do indywidualnych
potrzeb osób odwiedzających. Zmiany ustawień
dotyczących plików cookie można dokonać
w dowolnej chwili modyfikując ustawienia
przeglądarki. Korzystanie z naszej strony
bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza,
że będą one zapisane w pamięci urządzenia.